Wszystkiemu winni rodzice. Czy aby na pewno?

 

Mimo, iż coraz większa liczba osób ma już całkiem wysoką świadomość dotyczącą tego, czym psychoterapia jest (a może bardziej, czym nie jest), nadal spotykam się z opinią, iż psychoterapia, to przedsięwzięcie, w czasie którego mamy się pogniewać na rodziców, bo to oni są winni tego, że w obecnym życiu zmagam się z rozmaitymi trudnościami takimi jak: nieudane związki, trudności decyzyjne, brak satysfakcjonujących relacji interpersonalnych, zaniżone poczucie własnej wartości etc. Często wspominam, że próba szukania winnego jest przejawem myślenia dziecięcego (niezależnie od wieku metrykalnego). Skoro, ktoś inny jest winien, to ja nie mam z tym nic wspólnego. I jeśli uda mi się tak „poukładać” sobie różne niesatysfakcjonujące mnie tematy, to dalej mogę tkwić w miejscu, które mnie nie zadowala wskazując, że to wszystko przez moich rodziców.

No to nadeszła pora, by nieco odmitowić to nieprawdziwe podejście. Z mojej praktyki wyraźnie wynika, że wiele trudności życiowych spotyka nas za sprawą zaburzeń porządków systemowych. Co to znaczy? Rodzina to system. System naczyń połączonych, gdzie każdy wpływa na każdego (czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie). System ten jest jak precyzyjna machina składająca się z kół zębatych, gdzie jedno koło, to jeden członek rodziny. Patrząc na to w ten sposób widzimy wyraźnie, że ruch jednego koła, wpływa na wszystkie. W tym połączeniu pozostajemy, niezależnie od tego, czy mieszkamy razem pod jednym dachem, czy też nie. Mało tego. To połączenie będzie determinować nasze życiowe wybory. Jeśli w systemie zaburzymy jego porządek (co ma miejsce bardzo często), to  ta nieuporządkowana mozaika, do której jesteśmy podłączeni, będzie wołać o uporządkowanie. Czyli w naszym życiu będą pojawiały się różne trudne sytuacje (np. trudne związki, niemożność zarabiania pieniędzy, trudności relacyjne, a nawet problemy zdrowotne), których celem będzie przypomnienie nam o tym, że coś ważnego nam „zza pleców wieje”, a ta trudna sytuacja, na którą obecnie patrzę mi to tylko reprezentuje. Co to w takim razie znaczy „porządek systemowy”? Życie, które żyjemy przyszło do nas przez naszych przodków. Czyli, patrząc „za plecy” przyszło do nas przez naszych rodziców, a do nich przez naszych dziadków, a do nich przez naszych pradziadków…  Możemy to ująć metaforycznie, jako taką rzekę życia, którą ów życie płynie przez naszych przodków do nas, a dalej do naszych dzieci itd. Do zaburzeń porządków systemowych dochodzi między innymi wtedy, gdy rzeka chce płynąć pod prąd. Czyli mówiąc w poważnym uproszczeniu, gdy w wieku dorosłym nosimy w sobie roszczenia z okresu dziecięcego, które związane są najczęściej z tym, że czegoś od rodziców nie dostaliśmy, albo z tym, że to co dostaliśmy nie zadowala nas. Wszystko to w asyście wypartych emocji takich jak np. złość, gniew, żal, smutek, frustracja… I te wyparte (wyparte czyli leżące w tej nieoświetlonej strefie nas samych, na którą nie chcę patrzeć) chcąc wyjść z cienia w znacznym stopniu wpływają na jakość naszego życia. W  toku dobrze pojętej pracy terapeutycznej dochodzi do momentu, w którym docieramy do tych właśnie trudnych emocji i dajemy im prawo do bycia. Wszystko, to po to, by je przeżyć  (bo wcześniej nie mogły być przeżyte), uwolnić. Celem nie jest tu pogniewanie się na rodziców, bo wtedy właśnie pozostaniemy w tym ruchu, gdy rzeka płynie pod prąd. Celem jest zwiększenie swojej własnej świadomości, po przez uznanie i wyrażenie tych części nas, które do tej pory były nieuznane i niewyrażone. I finalnie, gdy już ten proces nastąpi, to dopiero wtedy możemy z poziomu serca zauważyć, wszystko, to co od rodziców dostaliśmy, a czego nie widzieliśmy, za sprawą zatrzymania się w tych dziecięcych roszczeniach. Możemy zobaczyć w nich ludzi z krwi i kości, którzy żyją (lub żyli) swoje życie, tak jak my żyjemy swoje. I wreszcie możemy poczuć ogrom wdzięczności za sprawą najważniejszego, co za ich przyczyną do nas przyszło. SAMEGO ŻYCIA.

Dawid Urbanowski