Często zarówno w gabinecie, jak i na wszelakiej maści prelekcjach i szkoleniach moi rozmówcy, bazujący najczęściej na swoim życiowym doświadczeniu, pytają o narcystyczne zaburzenie osobowości, a konkretniej pytają jak się bronić przed osobami zaburzonymi narcystycznie, czy jak rozpoznać kogoś takiego etc. Świadczyć to może o tym, że spotkanie na swojej drodze życia tzw. narcyza jest zazwyczaj doświadczeniem trudnym i nadużywającym, stąd ta potrzeba umiejętności obrony i rozpoznania co też czai się w drugim człowieku. Z mojego doświadczenia narcyzm jest rzeczywiście poważnym zaburzeniem, które w skrócie można by przedstawić tak: ktoś kto kiedyś został poważnie nadużyty (zazwyczaj wielokrotnie i najczęściej emocjonalnie), kto na bazie tego nadużycia nabył przekonania, że jest nic nie wartą, mizerną, nędzną istotą niegodną nazywania człowiekiem (za tymi przekonaniami kryje się tak bolesny zestaw uczuć i emocji, że niemal śmiertelny), stworzył w swojej psychice taki konstrukt, który możemy nazwać „ja idealne” i teraz zrobi absolutnie wszystko, by obronić ten obraz przed innymi, nadużywając ich w sposób w jaki sam został nadużyty. I w tej grze (bo życie narcyza, to swoista gra) nie ma wyjątków od reguły. Tak samo zostanie nadużyta żona, mąż, kolega z pracy, czy nawet własne dziecko. Dokładne przedstawienie charakterystyki osoby dotkniętej narcystycznym zaburzeniem osobowości wykracza dalece poza łamy artykułu na blogu (w związku z czym, planuję niebawem zorganizować webinar na ten temat), dlatego nie będę tu skupiał się na osobach narcystycznych, a bardziej na tym, czego możemy się dowiedzieć o sobie samych dzięki spotkaniu na swojej drodze kogoś takiego. Pisałem już wcześniej, że każdy napotkany człowiek może być dla nas swoistym lustrem, w którym możemy zobaczyć coś o sobie. Coś czego zazwyczaj nie widzimy albo nie chcemy widzieć. Zauważyłem w licznych rozmowach z osobami, które były albo są w relacji z narcyzem, że ci moi rozmówcy cały reflektor uważności mają skierowany na tego drugiego człowieka. Cały czas przyglądają się mu i najczęściej starają zrozumieć. Dramat tej sytuacji często polega na tym, że ci ludzie starają się zrozumieć kogoś, kto metaforycznie rzecz ujmując, po raz setny wbija im nóż w serce. Spróbujmy przez chwile pozostać przy tym obrazie. Tak dosłownie. Podchodzi do nas ktoś z nożem (i tu jest pewnie najwłaściwszy moment do ucieczki) i zadaje mi pierwszy cios, a ja stoję i patrzę i zastanawiam się dlaczego on to robi. I mimo, że pada cios za ciosem, to ja nadal stoję i staram się zrozumieć napastnika. To oczywiście pewne uproszczenie, bo w relacji z narcyzem dochodzi czynnik upływu czasu, mechanizm zaangażowania i poddanie pewnej obróbce psychicznej zwanej procesem wiktymizacji ale ogólna reguła jest taka, że ktoś mnie rani, a ja zamiast zwrócić się ku sobie, patrzę na tego kogoś i staram się go zrozumieć, pomóc mu, a może i nawet ocalić. Co to może świadczyć o nas samych? Już z przedstawionej sytuacji możemy zaczerpnąć informację, że mamy jakąś trudność w zaglądaniu do siebie, bo być może, gdybyśmy zajrzeli, to poczulibyśmy, że nosimy w sobie rany emocjonalne od bardzo dawna (łowca zawsze wybiera zraniona ofiarę, bo ta jest łatwym łupem) i te zranienia były w nas obecne w momencie wchodzenia w relacje z narcyzem, a sama relacja nam bardzo dobitnie pokazała, że one tam są. Kwestia w tym, czy chcemy się nimi zająć, czy nie. Wiem, że to jest bardzo trudne ale patrząc na taką wyniszczającą relację w sposób, który prowadzić nas będzie do siebie samych, możemy, być może po raz pierwszy w życiu, zobaczyć siebie. Na pewnym szkoleniu usłyszałem kiedyś, że narcyz to taki chujowy aniołek. Ja wolę mówić, że ludzie przychodzą do nas w służbie. A im trudniejsza ta służba, tym więcej miłości. Brzmi paradoksalnie, prawda? Bo gdzie tu miłość??? Jednak jak spojrzymy na tą kwestię jak na okazję do zajrzenia do siebie, spotkania się ze swoim poranionym wewnętrznym dzieckiem, zaopiekowania się nim i przytulenia jego wszystkich ran, to możemy tą miłość bardzo wyraźnie poczuć. I pewnie będzie to w pierwszej kolejności miłość do siebie, a potem nawet, kto wie? Ale to już pewnie kwestia do opisania w jakimś innym artykule.
Dawid Urbanowski



