Ilekroć słyszę te powszechnie funkcjonujące powiedzenia, jak i rozmaite dowcipy dotyczące tej tematyki mam jakąś taką głęboką zadumę, nad genezą powstania tego typu teorii i żartów, a że na co dzień mam w swojej pracy do czynienia z osobami dotkniętymi uzależnieniem (wszelakiej maści), to moja zaduma zaczyna przybierać pewien określony kierunek. Zanim jednak o owym kierunku napiszę słów kilka, najpierw pozwolę sobie zrobić małe wprowadzenie do tematu samego uzależnienia. Często powtarzam, że metafora przyjacielem terapeuty jest. Więc tak metaforycznie rzecz ujmując, jak weźmiemy sobie jakąś grupę ludzi zróżnicowanych wiekowo, płciowo, pod względem statusu materialnego, posiadanego wykształcenie etc. i dalej w naszym rozważaniu założymy, że akurat wszystkich ich dotknęła grypa, to okaże się, że u wszystkich niezależnie od różnic zaobserwujemy wspólne objawy. Będzie to pewnie wysoka temperatura, kaszel, ból gardła, łamanie w kościach, katar… Pewnie nikomu nie przyjdzie do głowy, by powiedzieć przykładowo, że ten Franek, co to na bezrobociu siedzi, to ma grypę, a ten Marek prezes banku, to pewnie cos innego ( w domyśle lepszego, bardziej hmm… szlachetnego). Tymczasem wystarczy zrobić małą podmianę i wstawić tu zamiast grypy załóżmy alkoholizm i nagle okaże się, że będziemy mówić, że ten Franek to pijak skończony, a ten Marek, to on sobie lubi wypić, bo ma przecież stresującą pracę, to i się jakoś od tego stresu musi uwalniać. Ja patrzę z boku i widzę, że zarówno Marek, jak i Franek mają pewien wspólny zespół cech, który z owym piciem jest związany (który w nomenklaturze fachowej możemy nazwać kryteriami diagnostycznymi i mechanizmami uzależnień) i w zasadzie po za tym, że są różnymi ludźmi i mają odmienne życia, to ten zestaw cech jest TAKI SAM!. Obaj chorują na to samo!. Zatem jak to się dzieję, że wielu z nas tego tak nie widzi? Co takiego sprawia, że w przypadku alkoholu nagle zniekształca nam się obraz sprawy? Odpowiedź jest prosta. System iluzji i zaprzeczeń. To jeden z trzech mechanizmów, które osadzają się w psychice człowieka i które składają się właśnie na tą powszechną w naszym kraju diagnozę. Uzależnienie. Nie będzie niczym odkrywczym, gdy napiszę, że uzależnienie, to nasza choroba narodowa. I nie mam tu nic złego na myśli. Opisuję po prostu pewne zjawisko., które jest i albo je widzimy albo nie (choć bardziej pewnie nie chcemy widzieć). Ma ono pewnie swoją głęboką genezę, bo gdy spojrzymy na najbliższą historię Polski, to nie jest dla mnie niczym dziwnym, że nasi dziadowie, czy pradziadowie, którzy musieli jakoś przetrwać koszmar wojny stosowali różne techniki odcinania się od swoich wewnętrznych uczuć. Czyli jedną ze strategii było również i picie alkoholu. Nie jest dla mnie też niczym dziwnym, że w tak ciężkich czasach nie mieli oni komfortu zajmowania się swoją sferą uczuć i emocji. Priorytetem było przeżyć. I jak to piszę, to czuję ogrom wdzięczności i szacunku do moich przodków, że przeżyli. To dzięki nim i przez nich życie przyszło do mnie. Często spotykam się z taka postawą propagowana przez ludzi, że oni wszystko zawdzięczają sobie i tylko sobie. Padają zdania typu : Ja jestem niezależny, niezależna. Myślę sobie wtedy, że dla osób tak twierdzących to zawdzięczanie wszystkiego sobie, ta niezależność są z jakiegoś powodu bardzo ważne, że nadali tym przymiotom dużo wartości. Nie zauważają natomiast, że nasza niezależność może się szybko skończyć. Nie trzeba szukać jakiegoś przykładu z kosmosu. Wystarczy, że jest awaria prądu i okaże się jak bardzo komfort naszego życia uzależniony jest od tego , czy prąd dopływa do gniazdek, czy nie. Albo awaria wodociągu. A kto pracuje w elektrowniach, czy w firmach dostarczających nam wodę? Inni ludzie. Czy jak tak na to spojrzymy nie zmienia, to nieco kwestii niezależności? Odpowiedź pozostawiam każdemu do rozważenia. Z mojej praktyki wyraźnie wynika, że jesteśmy zależni, Czy to od owych dostawców mediów, czy od szefa w pracy, czy od moich współpracowników. Najbardziej jednak zależni jesteśmy od naszych bliskich. Los naszych dziadów i pradziadów kładł fundamenty pod mój los. To, co oni przeżyli ma wpływ na to jak ja dziś funkcjonuję. Czyli jak oni musieli w pewien sposób uciekać od swoich trudnych uczuć (a zmienianie świadomości za sprawą używki jaką jest alkohol ma znamiona takiej właśnie ucieczki), to nie jest to bez znaczenia jakie strategie radzenia sobie z trudnymi uczuciami i emocjami dostali od nich moi rodzice, a od rodziców ja. Zatem, traktując temat absolutnie skrótowo, nie jest dla mnie niczym dziwnym, że mamy w Polsce społeczeństwo, które gdzieś tam w swoich wnętrzach nosi w sobie taki mechanizm uciekania od trudnych emocji. Współczesny świat, który uczynił z życia na pełnych obrotach wartość również nie zachęca byśmy się zatrzymali i spojrzeli, co nas w sercu boli. Zaopiekowali się, tym, być może coś przeżyli, co od lat czekało żeby to przeżyć, może coś wypłakali (tego boimy się bardzo). W efekcie, pędząc tak, oddalamy się od siebie samych, a jak nas coś wewnętrznie boli, to jeszcze bardziej odwracamy od tego głowę nie chcąc konfrontować się z oczywistym faktem, że nosimy w sobie wiele mniejszych i większych zranień. Tak już po prostu jest. Ani to dobre ani to to złe. Jest to wpisane w proces życia. Nie chcąc zajmować się tymi zranieniami stosujemy różne formy odcinania się od siebie i tak m.in. pijemy alkohol. I rozumiem, że teraz pojawi się pewnie jakaś grupa ludzi, którzy zaczną, to negować, którzy zaczną podawać liczne inne zastosowania alkoholu, że relaksuje , że można się odprężyć, dobrze pobawić etc. Nie będę tu teraz robić wykładu, który polemizował by z tymi zastosowaniami. Zamiast tego zadam pytanie: Co takiego popycha Was do negowania ? Skąd to wypływa? Co sprawia, że macie potrzebę uzasadniania, że spożywanie alkoholu jest spoko? Ja sam abstynentem nie jestem. Czasem, przy jakiś okazjach napiję się alkoholu. Ale nie zasuwam sobie ściemy, że to mi tylko dobrze robi. Alkohol jest jak kredyt w banku. Miło jest dostać zastrzyk gotówki. Jeszcze milej, coś sensownego z tym zastrzykiem zrobić. No ale zawsze będzie trzeba oddać z oprocentowaniem… Wróćmy do systemu iluzji i zaprzeczeń (choć cały czas przy nim jesteśmy). Jest to jeden z mechanizmów, które wkradają cichcem gdy proces uzależniania się postępuje. Ma bardzo prostą funkcję. Chronić samego uzależnionego przed wiedzą o ty, że jest uzależniony. Na tą ochronę składa się pełne spectrum technik manipulujących siebie samego. Stąd się biorą takie obrazki, że jakiś wujek w rodzinie, który już tak zagalopował się, że w tym uzależnionym tańcu stracił zdrowie, pracę, rodzinę, dom, mieszka w barakach rotacyjnych i żebra o 2 zł na piwo, gdy mu się powie, że ma problem z alkoholem, to on zdecydowanie zaprzeczy i poda do tego, całą masę argumentów na poparcie swojego zdania. No ale to skrajny przykład, który dobitnie pokazuje siłę działania tego mechanizmu. Uzależnienie zaczęło się dużo, dużo wcześniej. To tylko jedna z krańcowych stacji. Na końcu jest już tylko miejscówka na pobliskim cmentarzu. To, że wcześniej nie zauważaliśmy problemu jest związane z tym, że system iluzji i zaprzeczeń obok tego, że robi w balona samego uzależnionego dosyć długo robi w balona całe jego otoczenie. I to bardzo skutecznie. Jak dodamy do tego fakt, że mechanizm iluzji zaprzeczeń osadza się nie tylko w osobie uzależnionej ale również w partnerze, partnerce osoby uzależnionej, u której obserwuje się syndrom współuzależnienia, to mamy spotęgowanie działania tego mechanizmu. A jak dodamy do tego, że pewnie wielu z nas ma gdzieś tam w otoczeniu bliższym lub dalszym jakiegoś uzależnionego bliskiego, czy to rodzica, czy partnera, czy brata, czy wujka, czy dziadka, a oni mają obok siebie współuzależnioną żonę , czy męża i być może jeszcze dzieci dotknięte syndromem DDA, a każdy z nich został w pewien sposób zindoktrynowany przez ów mechanizm, który również skutecznie oddziaływuje na ludzi w otoczeniu, to nagle się okazuje, że my jako naród jesteśmy przesiąknięci myśleniem pochodzącym rodem z mechanizmu iluzji i zaprzeczeń właśnie. Zatem następnym razem zanim wypowiemy jedną z tych przaśnych mądrości, które w ten zabawny sposób mówią o spożywaniu substancji, która z życia wielu ludzi uczyniła dramat, to zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy: skąd, to u mnie płynie? I jaka jest intencja tej wypowiedzi? W mojej opinii dojrzałość polega m.in. na tym, że jak coś mówię, to wiem po co. I wywód ten zakończę wnioskiem, że można wszystko, tylko wiedzmy jakie za tym idą konsekwencje. Wtedy możemy wybierać bardziej świadomie.
To co? Chluśniem, bo uśniem?
Dawid Urbanowski



