Czy jestem uzależniony?

Temat uzależnień jest, można by rzec, naszą dyscypliną narodową. Głównie jeżeli chodzi o uzależnienie od alkoholu, który przez wielu znawców tematu jest nazywany legalnym narkotykiem. Bo w istocie tym właśnie jest. Ale przez legalizacje, nazwę handlową, jak i formę podania (bo przecież nie walimy go bezpośrednio w żyłę, a to że tam i tak trafia, to już przecież „inna sprawa”) jakoś nikt pijący nie pomyśli sobie o sobie „jestem ćpunem” i o to właśnie chodzi tym, co czerpią zyski ze sprzedaży alkoholu. Mimo dostępności rzetelnej wiedzy w tym zakresie, nadal wolimy żyć mitami i stereotypami choćby takimi, że jak nie leże pod budką z piwem we własnych wymiocinach, to nie ma problemu, lub jeśli piję tylko w weekendy i to nie do odcinki, to przecież uzależnienie mi nie grozi. Dla mnie zawsze ciekawa jest ta gorliwość z jaką ludzie wyjaśniają, że nie mają problemu. I robią to dosyć często nie pytani. Tak jakby na zapas, żeby się aby czasem nikt z jakimś durnym pytaniem nie przypierdolił. Wtedy rodzi mi się pytanie : „Co takiego sprawia, że z tak dużą gorliwością objaśniasz temat?” Przecież skoro nie ma problemu, to nie ma o czym gadać. Gdyby ktoś dziś przyszedł i powiedział Ci, że masz trzy ręce, to czy równie gorliwie próbowałbyś go przekonać, że to nie prawda? Zapewne nie, bo tu nie ma tematu. No ale temat uzależnień nie dotyczy tylko alkoholu. Współczesna nauka, w sposób charakterystyczny za zachodnim nurtem myślenia, posegregowała temat i wyodrębniła dwie grupy: uzależnienia od substancji psychoaktywnych i uzależnienia behawioralne. I w tych dwóch grupach mamy na bogato: uzależnienie od wspomnianego alkoholu, od narkotyków, od jedzenia, od sportu, od zakupów, od seksu, od hazardu etc. Ja znów lubię na to popatrzeć w tzw. dużego planu. Czyli zamiast patrzeć na te pokawałkowane części, jakby nie było, jednego tortu, to spojrzeć na cały tort. Czyli jest jakaś tendencja za sprawą której się uzależniamy. Osobiście bardzo przemawia do mnie bardzo stanowisko jakie zawarł Lee Jampolsky w swoich książkach: „Leczenie uzależnionego umysłu” i „Leczenie uzależnionej osobowości”, w których to autor (notabene człowiek, który sam ma na swoim koncie uzależnienie) mówi już nie o uzależnieniu od czegoś, tylko o uzależnionej osobowości, czy umyśle, co jest według mnie krokiem milowym w patrzeniu na tą chorobę (bo tak to należałoby nazwać). Za każdym razem gdy kierujemy wzrok na zewnątrz, to nie dostaniemy pełnego obrazu sprawy. WSZYSTKO JEST W ŚRODKU. Zatem co takiego sprawia, że się uzależniamy? Co takiego sprawia, że potrzebujemy sobie dostarczać coś z zewnątrz? Najczęściej jest to jakiś BRAK lub mówiąc inaczej deficyt. Brak ten zazwyczaj jest z nami od bardzo dawna (czytaj od dziecka) zatem w pewien sposób nauczyliśmy się z nim żyć. Często na wykładach opowiadam o pewnym znajomym, który na 30-ste urodziny dostał voucher na masaż i poszedł go zrealizować i po tym masażu wrócił z wielkim odkryciem. Otóż odkrył, że od minimum 20-stu lat bolały go plecy, tylko przez to, że był to stan przetrwały nauczył się z tym żyć i dopiero gdy masażysta rozmasował mu te plecy i uwolnił od nagromadzonych napięć, to on poczuł, że wcześniej go bolało, a teraz nie boli. Ciało i psychika rządzą się analogicznymi prawami. Zatem jeśli jest w nas jakiś emocjonalny ból, który towarzyszy nam od dziecka, to możemy nie mieć pełnej świadomości, że nas boli. Kiedy natomiast jest moment, gdy możemy zauważyć, że coś tam jest? Otóż wtedy, gdy wypijemy przysłowiowe dwa piwa i nagle doznamy stanu, który można by ująć zdaniem : ZNIKA CAŁE ZŁO. Ten rozlewający się po ciele chillout jest tak przyjemny, że pojawia się tendencja do powtarzania tego doświadczenia. Tylko mało kto ma taką refleksje pt : „To co ja tam w środku nosze, że dopiero po wypiciu kilku głębszych łapie taki luz?” Z tym, że warto nadmienić, że jest to luz iluzoryczny. TAM SIĘ NIC NIE LUZUJE. Ty się tylko znieczulasz. Ból dalej pozostaje. A skoro jest niezaopiekowany, to będzie powodował dalsze spustoszenia. Zatem wiemy już, że uzależniamy się z powodu jakiegoś braku, który jest wewnątrz nas. Zatem czego tam brakuje? Z moich doświadczeń, jak i z daświadczeń wielu bardziej doświadczonych kolegów i koleżanek po fachu, najczęściej jest to BRAK TATY. Czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy nie jesteśmy częścią systemu rodzinnego, z którego pochodzimy. To taki system naczyń powiązanych. Każdy wpływa na każdego. I gdy są jakieś zaburzenia homeostazy tego systemu, to może to manifestować się w naszym życiu w rózny sposób. I jednym ze sposobów manifestowania się nieobecności ojca są właśnie uzależnienia. Nieobecność ta może być fizyczna, a dosyć często jest to nieobecność emocjonalna. Tata w domu był ale nie miał dla nas czasu. Był zajęty swoimi sprawami. Mogło też tak być, że sam był uzależniony, a człowiek uzależniony NIE JEST OBECNY. I w takich układach, gdzie była jakaś forma wycofania energii ojcowskiej, system próbując to jakoś zrównoważyć sprawia, że MAMY JEST ZA DUŻO. Mama zazwyczaj rozczarowana tatą, albo mówiąc wprost wkurwiona na niego, przejmuję pałeczkę i mamy układ taki, gdzie energii macierzyńskiej jest za dużo, a ojcowskiej za mało. Mama jest od jakości wewnętrznych. Miedzy innymi od mamy uczymy się kochać. Mama to MIŁOŚĆ. Miłość bez granic. Tata to GRANICE. Uzależnienie to CHOROBA GRANIC. Choroba, w której cały czas przekraczamy siebie ale i innych przy okazji. Gdzie tracimy kontrolę. Człowiek uzależniony, to ten który cały czas potrzebuje tego pierdolnięcia dopaminy, tego extremum. Inaczej się nudzi, inaczej mu czegoś brak. A czego? Taty. Taty,który przyjdzie i zramuje, opierdoli nawet, ale będzie. POTRZEBUJEMY MAMY I TATY, żeby stać równo na dwóch nogach. Inaczej się chwiejemy. Brak taty może się również manifestować w postaci zaburzeń odżywiania ale to już opowieść na inną okazję.

Dawid Urbanowski

P. S. Jeśli odnalazłeś/odnalazłaś jakieś elementy swojej historii w tym wpisie i masz obawy, że może uzależnienie dotyczy również i Ciebie to sprawdź sobie, czy to czemu się oddajesz niezależnie czy to jest picie alkoholu, palenie marihuany, kompulsywne zakupy w sieci, oglądanie pornografii i tu mógłbym jeszcze długo poszerzać tą listę, nie rozwala Tobie mnimum jednej z trzech sfer życia:

1. Sfery rodzinnej
2. Sfery społecznej
3. Sfery zawodowej ( w przypadku osób młodych sfery szkolnej)