„I co ja mam z tym teraz zrobić?” To pytanie jest częstym gościem gabinetów terapeutycznych i nie tylko. Zwykle pojawia się w momencie, gdy klient trafia na jakiś swój zleżały od lat emocjonalny kawałek, o którym być może zapomniał, czy też nauczył się na niego nie patrzeć. Moment, gdy na powrót zaczął go czuć, jest właśnie tym momentem, gdy pojawiają się pytania w tym stylu. O czym to zazwyczaj świadczy? A no o tym, że ten emocjonalny kawałek jest bolesny i w związku z tym chcemy się tego bólu jak najszybciej pozbyć. Co to w praktyce oznacza? Po pierwsze to, że do rozwiązanie tego tzw. problemu używamy umysłu, a problemu, który powstał w polu czuć i emocji nie da się rozwiązać poza obszarem, w którym powstał. Możemy tylko sobie coś wytłumaczyć, zracjonalizować, a dupościsk jak był, tak będzie. Po drugie, próbując się tego pozbyć, olewamy dokumentnie swoje wewnętrzne dziecko, które powoli nie wie już jak głośno ma krzyczeć, byśmy wreszcie na nie popatrzyli. Wewnętrzne dziecko mówi do nas właśnie językiem uczuć i emocji. Gdzieś kiedyś, gdy byliśmy mali, najważniejsze dorosłe postaci z naszego życia, nie potrafiły przyjąć nas w pełni. Gdy przeżywaliśmy jedną z tzw. emocji trudnych typu złość, smutek, frustracja, zazdrość etc. natychmiast robili coś, żebyśmy tych stanów nie uzewnętrzniali, bo przecież grzecznym trzeba być. I my dziś nieświadomie kontynuujemy ich dzieło. Gdy tylko do głosu dojdzie nasz wewnętrzny malec, to my natychmiast chcemy coś z tym zrobić. By tego nie czuć, nie widzieć, bo skoro rodzić tego nie chciał widzieć, to znaczy, że to jest złe, a jak to jest złe to znaczy, że ja jestem zły. A przecież grzecznym trzeba być kurwa, co nie? Często, gdy klient w takim momencie pyta mnie „I co ja mam z tym teraz zrobić?” ja mu odpowiadam „Nic”. Wówczas dosyć często na twarzach pojawia się taki grymas, który w luźnej interpretacji wygląda jak komunikat „Ochujałeś”. Umysł nie kupuje prostych rozwiązań. Przecież żeby coś osiągnąć trzeba się naupierdalać jak koń w westernie. Tymczasem, tu naprawdę WYSTARCZY BYĆ. Jedno jedyne, czego pragnie ten nasz wewnętrzny maluch, to NASZEJ OBECNOŚCI. Obecności UWAŻNEJ I PRZYJMUJĄCEJ go takiego jakim jest. Wówczas powstają odpowiednie warunki, by nagromadzony przy wypartej emocji potencjał energetyczny mógł się wreszcie uwolnić. I to nie my go uwalniamy. Tworząc odpowiednie warunki, przestając robić, a zaczynając być sprawiamy, że on uwalnia się sam. I nagle w ciele robi się jakoś luźniej, płuca robią się jakby większe, a powietrze świeższe, a to dopiero początek. Nieco później możemy zauważyć, że skoro zmieniliśmy się wewnętrznie, zmienia się nasz paradygmat sprzęgania ze światem. I nagle się okazuje, że ten świat zaczyna być jakby nieco inny. Czy to magia? Nie. To samo ŻYCIE.
Dawid Urbanowski



