Kimże jestem…

Kimże jestem, by oceniać innych? Kimże jestem, by wydawać osądy o tym, co jest dobre, a co złe? Kimże jestem, by mówić innym co mają robić? Kimże jestem, by… Za każdym razem, kiedy pojawia się w nas przemożna chęć do wydania osądu na czyjś temat, czy też dania tzw. „dobrej rady” (choć z tym dobrem to bardzo różnie bywa i wcale nie jest to takie oczywiste, że ta rada będzie dla kogoś dobra), za każdym razem, gdy ktoś przychodzi do nas jak do autorytetu, a my rozsiadamy się na tym piedestale zacierając ręce i szykując się do dania mu wskazówek („jedynych i słusznych” oczywiście), co ma ze swoim życiem zrobić, zatrzymajmy się! Zatrzymajmy się w tych mentorskich zapędach i weźmy głęboki oddech, a potem sprawdźmy skąd nam ten ruch płynie?.. Co się tu właśnie dzieje?.. Jaka transakcja się tu odbywa?.. Mam taką obserwację (choć nie jedyną i słuszną i Ty drogi czytelniku możesz mieć własną), że kiedy ludzie do nas przychodzą, żebyśmy im coś doradzili, pomogli coś ocenić etc. to tak na głębokim poziomie szukają rodzica. Rodzica, którego im brakuję. W całości albo w kawałkach. I jeśli my wchodzimy w to pole, które do nas przecież nie przynależy, to nie może się skończyć dobrze. Robiąc to, zachowujemy się tak, jak byśmy chcieli być takim lepszym rodzicem, a to w mojej opinii jest przejawem pychy, która gdzieś tam w nas skryła się przybierając płaszczyk pomocnego człowieka. A co zachodzi wtedy po naszej stronie? Skąd ten ruch do wchodzenia w buty lepszego rodzica? Pisałem już kiedyś, że każdy z nas ma w sobie, takie niedokochane kawałki. I te kawałki bardzo pragną być dokochane. Tylko my nauczyliśmy się szukać na zewnątrz tych, którzy mogliby je dokochać. Tymczasem w tym całym dorosłym życiu, dopóki sam nie znajdziesz drogi do tych kawałeczków w swoim wnętrzu (mówiąc inaczej, dopóki nie znajdziesz drogi do swojego wewnętrznego dziecka) i nie znajdziesz sposobu by je dokochać (i od tej pory praktykować miłość do siebie), to wszystko, co przyjdzie z zewnątrz będzie niewystraczające. Świat jest pełen niedokochanych dzieci. Dzieci te mają 30, 40, 50, 60 i więcej lat. Co robią te dzieci, żeby choć na chwilę stworzyć sobie taką namiastkę dokochania? Wchodzą w rozmaite role. I tak się dzieję, że częstym motywem pojawiającym się w relacjach międzyludzkich jest przyjmowanie roli opiekuna i opakowanego, albo jak kto woli rodzica i dziecka.  W takim sprzężeniu ten, który wszedł w rolę dziecka, w swoim niedokochaniu szuka tego kogoś, kto dalej mógłby się nim opiekować, jak robiła to mama, czy tata, a ten który wchodzi w rolę rodzica, czując podskórnie swoje niedokochanie, wyprejoktowuje na innych, to czego sam w głębi serca bardzo potrzebuje, albowiem on sam w środku jest takim porzuconym dzieckiem, które bardzo potrzebuje opieki…

Mam jeszcze inną refleksje związaną z tym tematem. Otóż za każdym razem, gdy w moim umyślę (na szczęście nie jestem nim,)  pojawia się  taki ludzki skąd inąd ruch, by wydać jakiś osąd, biorę głęboki wdech i tak metaforycznie patrzę za siebie. Na to kogo mam za plecami. Jakie jakości płyną do mnie. Na tych wszystkich, którzy byli przede mną i za sprawą których życie przypłynęło i do mnie. Kiedy już łapię kontakt z tą ogromną siecią rodowej konstelacji, to pojawia mi się taka myśl, że naiwnym byłoby sądzić, że w tym ogromnym zbiorze, nikt nigdy nikogo nie zabił (wszak były wojny), nikt nikogo nie zranił, nikt nikogo nie oszukał, nikt nikogo nie zdradził, nikt nikogo nie okradł… A we mnie są te wszystkie jakości, a ja żyjąc swoje życie, dodaję do sytemu nowych.

Więc kimże ja jestem…

Dawid Urbanowski