W zasadzie, to w pełnym wydaniu temat tego artykułu mógłby brzmieć „ Miłość jest ślepa i bardzo dobrze.” Często mam w gabinecie taką sytuację: Siedzi przede mną osoba, która ma za sobą kilka nieudanych relacji i prosi mnie żebym pomógł jej poukładać sobie w głowie, jaki ten kolejny partner, czy partnerka ma być. Co robić, by nie wpaść z deszczu pod rynnę? Sposób w jaki ludzie opisują swój świat, swoje doświadczenie, bardzo wiele mówią o wewnętrznej organizacji autora tych wypowiedzi. W podanym przykładzie mój rozmówca, chce „poukładać sobie w głowie.” Czy można w głowie poukładać sobie tak, żeby kolejna relacja była udana? Spróbuję przedstawić, to za pomocą metafory. Załóżmy, że mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu. Niech to będzie mieszkanie składające się z salonu z aneksem kuchennym i sypialni (no i rzecz jasna wc). No i przez lata mieszkania, w sypialni zrobił mi się (a pewnie bardziej zrobiłem) niezły bajzel. Moją dotychczasową strategią było zamykanie drzwi od sypialni, by nie widzieć tego całego syfu i spędzanie większości czasu w salonie, gdzie takiego bałaganu nie ma. No i wyobraźmy sobie, że w tej sypialni coś się zaczyna psuć (niech to będzie cokolwiek, skóra po bananie, którego jadłem w łóżku, czy jakieś inne resztki spożywanych produktów). Smród wydostaje się na resztę mieszkania i co wtedy robimy? Mówimy coś mi tu śmierdzi i zaczynamy sprzątać… W salonie!!! I to jest dosyć trafne odzwierciedlenie, tego co robi człowiek, który „układając sobie w głowie”, chce wpłynąć na obszar uczuć i emocji. Jak mawiają gimnazjaliści „to nie pyknie”. To się nie uda. Tak jak nie ma możliwości, by sprzątając salon zrobił się porządek w sypialni, tak nie ma możliwości, by bez uświadomienia sobie, tego co nieuświadomione, a co mną kieruje i związane jest najczęściej z jakimiś wypartymi, czy niechcianymi emocjami, układając sobie coś w głowie następnym razem spotkał księcia z bajki, czy piękną księżniczkę (tzn. piękna, to może ona i będzie, ale po czasie okaże się, że to taka sama zołza jak pozostałe). Jak więc dochodzi do doboru partnerskiego? Partnera za każdym razem wybieram sercem! Nie głową, tylko sercem. Kropka. I nawet jak ktoś twierdzi, że nie, że on to już sobie wymyślił, jaki ma być ten wymarzony mąż, czy żona i że nie popełni już błędów przeszłości, to później się okazuję, że w tej nowej relacji odtwarza się stary dramat. Mało tego. Im bardziej człowiek tkwi w swoich konceptach umysłowych, im bardziej logiczny, umysłowy, tym bardziej kieruje nim nieświadomy głos. Głos pochowanych gdzieś głęboko uczuć, głos emocji, głos zranionego dziecka, które mieszka w jego sercu i czeka, aż je ktoś zobaczy, da mu prawo do głosu, obdarzy miłością, przytuli, bo jakiś ważny dorosły nie przytulał, nie zauważał, był zajęty innymi sprawami… Kogo zatem będziemy z takim „schowanym głęboko ładunkiem uczuć i emocji” szukać w tym dorosłym życiu? Kogoś, kto mi te niezoapiekowane, dziecięce pola zaopiekuje. Czyli mimo logicznych dywagacji i intelektualnego wytężania się by tym razem poszukać tego idealnego, czy tą idealną poszukam sobie rodzica. Nie partnera lecz reprezentanta mamy, czy taty. Dobór partnerski odbywa się na poziomie zupełnie pozaumysłowym. Wszystko, to co zabrałem z dzieciństwa do dorosłości, a czego sobie nie uświadamiam, czeka w ukryciu na szanse na uświadomienie. Kiedy się ta szansa pojawia? Gdy spotykam człowieka, który w swoim sercu nosi nieuświadomiony zestaw uczuć i emocji, dziecięcych pragnień i zranień, który jest idealnie kompatybilny z moim. W relacji takiej partner mi, a ja jemu idealnie wskaże (Idealnie nie znaczy, że będzie to łatwe. Wręcz przeciwnie, będzie to zajebiście trudne) te nieuświadomione dziecięce pola. Po co? By teraz mogli poczuć (każdy w sobie), to co od dawna jest. Wpuścić tam powietrze. Oświetlić ten pogrążony w cieniu obszar. Zobaczyć siebie samych w pełniejszym świetle. Bardziej ludzkich, bardziej prawdziwych, bardziej dorosłych. Żeby wyjść ze skorupy i zacząć wyrażać siebie. (Bo jako dzieci nie mieliśmy takiej szansy. Wtedy najważniejszym programem z punktu widzenia biologii było przetrwanie). I jeśli to się uda, to jest szansa, że uda się spojrzeć na partnera bez tej nakładki. Wtedy zobaczę przed sobą kobietę, czy mężczyznę, nie mamę, czy tatę. A jeśli po takim procesie stwierdzimy, że taka relacja się wysyciła, to jest szansa, że rozstaniemy się z szacunkiem i wdzięcznością za to, że wzajemnie przysłużyliśmy się sobie do lepszego poznania siebie samych. Zwykle ludzie zauważają wtedy, że rozglądając się za potencjalnym kandydatem na partnera pociągają ich zupełnie inne osoby niż dotychczas. Coś się zmieniło. Coś w nas…
Miłość jest ślepa i bardzo dobrze.
Dawid Urbanowski



